Witam wszystkich Czytelników w moich skromnych progach. Cieszę się bardzo z każdych Waszych odwiedzin, tym bardziej gdy pozostawiacie swój ślad w postaci komentarzy. Chciałabym Was jednak uczciwie poinformować że wszystkie posty i zdjęcia na tym blogu są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie bez mojej zgody. Na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

Dziękuję bardzo za uwagę i pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie :))

Jazz

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Seriale

Chciałabym podziękować Pauliś z Sztuki domowej za "wrobienie" mnie w zabawę z serialami. Jest mi bardzo miło i cieszę się że o mnie pomyślałaś :) Czuję się dumna mając taką zdolną czytelniczkę.
Zabawa ta polegała na opisaniu swoich ulubionych seriali.

Seriale które zaczęłam oglądać jeszcze w Polsce ale kontynuowałam w Grecji to:



"CSI: NY" w Polsce znane jako "Kryminalne zagadki Nowego Jorku"

Opowiada o pracy Nowojorskich kryminologów, którzy na podstawie znalezionych dowodów, rozwiązują zagadki morderstw, porwań itp.
Serial ten oglądałam w Grecji. Lubiłam go przede wszystkim za grecki akcent, czyli Stellę Bonasera graną przez Melinę Kanakaredes, grecko-amerykańską aktorkę.



"CSI: Crime Scene Investigation" czyli "Kryminalne zagadki Las Vegas"

Serial przedstawia pracę detektywów działu policji zajmujących się badaniem miejsca zbrodni. Używają oni najnowszych zdobyczy nauki i technologii, aby rozwikłać najtrudniejsze zagadki kryminalne.
Serial ten oglądałam do odejścia szefa laboratorium Gil'a Grissoma, czyli do końca 9 sezonu.




Tutaj trzeba wspomnieć że w Grecji zachowuje się oryginalny język a tłumaczenie jest pod postacią napisów. Dzięki temu anglojęzyczne filmy i seriale były moimi ulubionymi.


"Πίσω στο σπίτι"  -  "Z powrotem do domu"

Grecki serial opowiadający o rodzinie którą dopada kryzys finansowy.
Do domu z powodu kryzysu zjeżdżają dzieci głównych bohaterów. Najstarszy, syn z żoną i córką; córka z synem i syn zakochany w grecko-niemieckiej kobiecie.
Mąż córki popadł w długi pod które zastawił 1/3 rodzinnego domu żony. Jeśli rodzina nie zbierze ponad 200 tysięcy euro wszyscy zostaną eksmitowani. Z tarapatów postanawia wybawić ich Angela, dziewczyna najmłodszego syna, spłacając dług. Oczywiście nie jest to bezinteresowna pomoc i naliczany jest procent od momentu przejęcia długu.
Serial ten zaczęłam dopiero oglądać (dzięki wspaniałości internetu), więc nie jestem w stanie opowiedzieć dalszych perypetii. Jedno jest pewne, będzie zabawnie!

Z polskich seriali oglądałam "M jak miłość" i "Barwy szczęścia" ale od listopada nie mam TVP Polonia, co równa się nudaaaaaaa i duży barak kontaktu z językiem ojczystym.

Do zabawy zaprosiłam najlepsze z najlepszych, czyli:
- Zapracowaną i zabieganą matkę Trzech Chłopa, dzięki której zaistniałam w tym świecie, Maciejkę z W koło Macieju
- Bellę z Bella i bliźniaki, czyli utalentowaną Mamę od sławnych krzeseł i świetną dekoratorkę (naprawdę super masz to mieszkanie)
- koko1971 której Skrawki z życia przeczytałam całe i podziwiam ze zdolność zrobienia czegoś z wszystkiego
- Magdalenie z Zapach wspomnień przede wszystkim by zmusić ją znów do pisania bo doczekać się nie mogę jakiś nowych arcydzieł (no i poduszki :P)
- Bubusię którą chętnie bym poznała. Narazie wiem tyle że to utalentowana osoba i chętnie czegoś się od niej nuczę z jej blogu arond the hose

Jazz

piątek, 27 stycznia 2012

Kto do pracy?

Mieszkamy sobie zgrabnie wszyscy w niemieckim bloku, wraz z rodzicami Greka.
Niemiecką tradycją w XXI wieku jest dostarczanie do skrzynek pocztowych wszelkich ulotek, reklam i gazetek sklepów. Właśnie takie gazetki urozmaicają nasz czas na marzeniach o zakupie tego lub innego telewizora, kanapy, zabawki itp.

W niedziele ktoś przyniósł ze skrzynki gazetki. Grek wyszukał maszynkę do pirografii (wypalanie w drewnie) co zapoczątkowało naszą konwersacje, kupić czy nie kupić?
- Jazz popatrz tutaj piszą że można tym pisać po drewnie i wosku
- Acha...
- Tylko 10 €
- Co, chcesz sobie kupić?
- Pewnie, a co?
- No przecież wiesz jak u nas z kasą! W tym tępię nigdy nie wrócimy do Grecji...
- Tak, tylko że teraz już nie wychodzę na kawki codziennie więc coś sobie mogę kupić
- Jak se chcesz. Jeśli tak bardzo Ci na tym zależy...
- Ale będzie frajda, będziesz sobie tworzyć jak już się nauczysz tym posługiwać i będziemy to sprzedawać w internecie
- Coooooooooooooooooo? To Ty sobie kupujesz maszynkę żebym ja ją używała?
- I będziesz robiła ozdoby na świecach
- ???
- No co? Ktoś tu musi pracować!
To stwierdzenie zamknęło temat wybuchem śmiechu

Na drugi dzień osoba najmniej zainteresowana całą tą działalnością "gospodarczą" poszła i kupiła. Wróciła bardzo dumna z siebie bo w obcym kraju, po raz pierwszy, użyła karty płatniczej :))

Chwilowo nic nie stworzyłam, z bardzo prostego powodu... nie mam odpowiedniego kawałka drewna. Wypalanie w wosku wydaje mi się dzisiaj (zrobiłam próbę) trudniejsze od rysowanie na drewnie!

środa, 25 stycznia 2012

Lanie wosku

Święta Wielkanocne w Grecji to czas świec, takich wysokich i zgrabnych. Każdy chrzestny\chrzestna musi podarować swojemu dziecku prezent z dołączoną taką świeczka, zwaną "lambada".

Jak świece to oczywiście z wosku pszczelego.
Jak z wosku pszczelego to najlepiej z całego plastra.

W ten sposób Grek dał swej jedynej i ukochanej Żonie robotę z okazji końcówki ciąży. Zamówiliśmy knoty z Niemiec i "w zieliśmy" się do pracy.
Wykonanie takiej "lambady" jest bardzo proste... Bierzemy plaster wosku, zakręcamy knot o dłuższy brzeg i rolujemy. Kręciłam w ten sposób dwa wzory: jeden prosty, a drugi stożkowaty z przeciętego plastra na trójkąt. Robótka ciekawa i nie męcząca, chociaż trochę monotonna. Pierwszą taką świeczkę podarowaliśmy kuzynowi Greka, następną dla jego kolegi z którym umówił się na kawę. Traf chciał że właściciel kawiarni zobaczył "lambadę" i zamówił 5 sztuk. Cała wioska dowiedziała się że produkujemy świeczki na Wielkanoc. Zamówienia płynęły ciągły strumieniem, z małą przerwą na poród Ksji. Doszło nawet do tego że jednorazowo zamówiono 50 szt. które zostały wywieziona do wielkiego miasta- Salonik. Staliśmy się "bogaci" i było za co kupić pieluchy :P

Po świętach zaczęłam skręcać świeczki różnej wielkości i grubości. Były to przede wszystkim prezenty dla polskiej rodziny. Mierzyłam, odcinałam, zwijałam, mierzyłam, odcinałam, zwijałam i tak w kółko.

W repertuarze znalazły się świeczki z wosku pszczelego ale przetopionego. Topiło się wosk i przelewało do formy sylikonowej ówcześnie przygotowanej (trzeba było zamontować w niej knot). Gdy świeczka stwardniała wyjmowało się i włala gotowe. Żadna mecyja.

Doszło już do takiej mani że gdy cały regał był w świecach, tych przetopionych, a ja chciałam przygotować romantyczny wieczór musiałam skręcać specjalne świeczki bo tamtych szkoda mi było wypalać. Mania!!!

Świeczki skręcane
Te wysokie to "lambady"


Świeczki z formy"
Te dwa na dole po lewej są skręcane


wtorek, 24 stycznia 2012

Kochanki

Zeszłaj wiosny Grek spełnił swoje marzenie o "hodowli" pszczół.
Najpierw kupił 3 ule, które pomalował starannie. Następnie zakupił sprzęt zamawiając go u całej rodziny (mojej i swojej). Później kupił kolejne ule, a na końcu plastry wosku. Po mistrzowsku wtopił plastry w ramki, z niewielką pomocą Jazz.

Gdy zaczął się rój pszczół wyłapał je, z pomocą kolegi, do swoich "pudełek". Na początek stworzył pasiekę składającą się z 20 uli.
Pszczoły rozmnażały się w tylko sobie znanym tępię ewentualnie powiększając niektóre ule.
Początki były skomplikowane... Grek został zaatakowany w twarz która spuchła mu do rozmiarów, sama nie wiem jakich. Wyglądał trochę jak Kwazimodo z "Dzwonnika z Noterdame". Śmiesznie było na niego patrzeć. Kolejnym razem pogryzły mu ręce. Najgorsze było jednak to że pewnego dnia ul który chciał ściągnąć z drzewa spadł na niego i podziabało go około 30 pszczół. Wrócił do domu cały spocony "umierając mi". Spanikowałam! Popłakałam się i zadzwoniłam do jakiegoś kolegi, którego nawet nie znam. Wkrótce przyjechali znajomi i zabrali go do szpitala. Niby mogłam jechać z nim, akurat była u nas moja Mama, ale było to kilka dni po narodzinach Ksji. Skończyło się dobrze, Grek twierdzi że nawet bardzo dobrze bo od tamtej pory uodpornił się na wszelkie choroby i ciśnienie zaczął mieć normalne.
Gdy już pasieka była gotowa, a świeżo upieczony pszczelarz opanował stres, wypady do pszczółek stały się nałogiem Greka. Wtedy też ktoś mądry z mojej rodziny nazwał je "kochankami". Gdy pytali gdzie się podział Mąż? Odpowiedzi można było wybrać: albo był na kawie, albo u "kochanek".
W październiku do domu trafił nasz pierwszy słoik miodu. Ponoć pysznego (miód jest dla mnie zawsze taki sam). Cały miód rozszedł się, jak świeże bułeczki, w tydzień a nam pszybyło trochę centa do kieszeni. Trzy słoiki zabraliśmy do Niemiec.

Myślałam że Grek zerwał ze swoimi kochankami w dniu opuszczenia Grecji. Jakże się pomyliłam...
W Niemczech zakupił on specjalne kwiaty dla kochanek które rozkwitają w doniczce w naszej sypialni. Kupił on również dwa rodzaje drzew aby "produkować" najlepszy miód na świecie. W przyszłym miesiącu planuje zapisać się do cechu pszczelarzy w Niemczech i wynająć małą pasiekę.

"Kochanki" są najważniejsze. Cóż zrobić?

Grek ze swoimi "kochankami"

Z wizytą u "ulubionych zwierząt"

Pierwszy raz

Grek pracuje ostatnio w "głupich" godzinach. Od 15:00 do 1:00 lub drugiej. Wraca do domu po jakiejś godzinie.
Od jakiegoś czasu nie mamy telewizora więc jedynym oknem na świat jest komputer.

Grek wraca dziś do domu szczęśliwy, jak rzadko po pracy. Cieszy się że Jazz jeszcze nie śpi.
- O nie śpisz?!
- No nie, a czemu? (zdziwiona byłam bardzo, co go tak uradowało)
- Czekałaś!!!
- No nie zupełnie?!
- Jak to?! Czekałaś na mnie z włączonym komputerem żebym nie musiał go uruchamiać i grzejesz mi krzesło żebym nie zmarzł :))
- No właśnie to robię ;P. Nawet nie wiedziałam jaką jestem dobrą żoną
- Jesteś najlepsza (mówiąc to miał wielki uśmiech na twarzy)

I było warto zarwać noc na czytanie blogów by usłyszeć taki komplement... Pierwszy taki po prawie 4 latach małżeństwa. Szczęściara ze mnie :))
Dziś już nie będę musiała grzać miejscówki bo Grek pojechał kupić telewizor ;)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Życie to nie bajka

Ale w naszym przypadku to się nie zgadza. Nasze życie przypomina bajkę o Kubusiu Puchatku.
Kappa jest Misiem o małym rozumku, Jazz jest Kangurzycą, Grek jest Kłapouchym, no a Ksji jest Maleństwem

Każdy dzień upewnia mnie w tym przekonaniu, bo przecież Kangurzyca musi się nimi wszystkimi opiekować. Maleństwo skacze po całym kojcu i gdzie się nie znajdzie. Kłapouchy bez Kangurzycy nawet kawki sobie nie zrobi. No a Kubuś, jak to Kubuś próbuje coś wymyślić i jakoś mu nie do końca wychodzi. Ma pomysłów 120 i na niczym skupić się nie może.

Biorąc to wszystko pod uwagę, pytam się: Kto powiedział że życie to nie bajka?!

niedziela, 22 stycznia 2012

Z ostatniej chwili

Właśnie skończyłyśmy jedzenie obiadu.

Kappa miała mięsko zgrabnie pokrojone. Miała jeść widelcem, no ale cóż, używała go tak jakoś co drugi kęs. Szybko jej szło do momentu aż zostały jej dwa kawałeczki, wtedy to usłyszałam:
- Aaaaaaaa, ja nie moge tego jeść (wskazując na jeden z kawałków)
- Dlaczego?
- Bo tam się jusza!
- Co się rusza?
- O tam na śjodku
- W mięsie?
- Tak
- No popatrz to ta krowa wciąż żyje?!
- Tak, ona glizie....!
W ten sposób został nam na talerzu "gryzący" kawałek "żywej krowy"...

Moja młodsza Córka zjadła także z chęcią ale trzeba ją było zabawiać.
A jaki spokój dziś w domu. Zostałam sama z dziewczynami....
Ksji zaraz idzie na po południową drzemkę, Kappa będzie oglądać film a Jazz napije się kawy.
I gdyby nie wiadomości z Grecji, dzwoniłam do Mery,  to byłby to bezproblemowy dzień. Chociaż wciąż jest wyjątkowy :)

Dzień Dziadka


Dziś dzień dziadka,
okazja ta niezwykle rzadka!
Ja całusy i życzenia
chcę ci złożyć w oku mgnienia!
Żebyś zawsze był szczęśliwy,
pogodny i żartobliwy.
Jesteś najlepszy i dobrze o tym wiesz,
dlatego o wszystkim ze mną rozmawiać chcesz.
Podziękować także pragnę za twój nastrój i za figle!
Ty lubisz zawsze ze mną rozmawiać
i mądre bajki na dobranoc mi opowiadać.
Nigdy nie zmienię zdania,
budzisz we mnie tyle zaufania.
Ja ci mówię, dziadku kochany,
nie bądź nigdy zatroskany!
Ja ci dzisiaj szczerze winszuję
i już za chwile cię wycałuję.
Gorące życzenia i pozdrowienia
składają wnuczki nie do zastąpienia.
Zdrowia szczęścia i radości,
dobrych myśli o mnie
i do pomagania mi w zadaniach pomyślności!
Kappa i Ksji

sobota, 21 stycznia 2012

Dzień Babci

Zimowe słonko wesoło patrzy
i ciepły uśmiech posyła Babci,
I ja tez Babciu, mam dziś dla Ciebie
uśmiech jak słonko jasne na niebie.

Tak wiele mnie nauczyłaś,
tak wiele uśmiechu mi dałaś,
na spacery ze mną chodziłaś,
kiedy byłam jeszcze mała.

Do snu nuciłaś piosenki,
byłaś zawsze blisko mnie,
więc podziękować Ci, Babciu,
za to wszystko chcę.
Żyj długo w spokoju i uśmiechaj się,
bo uśmiech jest najważniejszy
i to, że kochamy Cię
 
Życzą Kappa i Ksji
 
 
 
Laurka jest już zrobiona i już wkrótce przyjedzie z wnusiami

piątek, 20 stycznia 2012

Zamienność

Jak to jest że...?

Kiedy Kappa marudziła podczas jedzenia i spożycie go zajmowało jej ponad godzinę, po której następowało karmienie to Ksji jadła gładko i szybko. Od dwóch dni Ksji marudzi i pomimo karmienia, jedzenie zajmuje nam ponad pół godziny. W zamian Kappa zjada wszystko szybko i bez niczyjej pomocy.

Gdy Ksji zasypiała na noce podczas picia mleka to Kappa wynajdywała 1000 pomysłów do nie spania. Dziś, jak i kilka nocy temu, Ksji "śpiewa" w łóżeczku co powoduje że Kappa przychodzi do Jazz i mówi:
- Mamo Ksji kszyczy
- Nie szkodzi połóż się
....
- Mamo nie moge śpić
- No dobrze to posiedź tutaj trochę
....
- Ksji jusz nie kszyczy, a nie mogę jakby chodzić
I poszła spać

Tak na marginesie to jest oczywiste że Ksji nie chce spać, skoro Śpioch spał od 15:00 do 19:00 zamiast do 18:00 (najpóźniej). Nie obudziło jej nawet odkurzanie w pokoju. Tak że pomimo iż położyłam je godzinę później to nie może Szkrab zasnąć.
Powinnam była ją obudzić, no ale wtedy byłaby marudna, a Mamusię tak bardzo głowa boli :(

Zastanawiam się co jutro wymyślą? A napewno wymyślą bo siostrzeniaca Zita przychodzi! ....

środa, 18 stycznia 2012

Struktura bajki

"Bajki rządzą się swoimi prawami..." jak mawiali w moim ulubionym Kabarecie Potem.
W każdej bajce występują postacie negatywne: Zła Macocha, Zły Wilk, Zła Świnka.
Zawsze występują momenty grozy: zatrute jabłko, duże zęby, dmuchanie w chatki.
Zwroty akcji są momentalne: książę całuje księżniczkę dzięki czemu budzi się ona ze snu, wilk zostaje wygnany/utopiony, świnka zaczyna wąchać kwiatki (bynajniej nie od dołu).

Moje życie chwilowo przypomina bajkę o Śnieżce. Występuje tam wiele momentów grozy po których następuje chwilowy zwrot akcji.
Dziś nastąpił właśnie taki zwrot, a to dzięki sprzedawczyni, z niemieckiego sklepu z polskimi artykułami spożywczymi, która z uśmiechem na twarzy podarowała dla Kappa lizaka. Mini ChupaChups dał mi duży łyk nadziei...

Może będzie lepiej!?
Mam nadzieję!!!
Wreszcie ją mam!!!

wtorek, 17 stycznia 2012

Bajka o życiu

Mia fora kai ena kiero Królowa zaszła w ciąże, bardzo z resztą upragnioną. Księżniczka cieszyła się z rodzicami i czekała na dzidziunie.
Królowej wydawało się że Księżniczka nie bardzo rozumie co oznacza kolejne dziecko w domu i dlatego martwiła się czy entuzjazm jej wywodzi się właśnie z niewiedzy.
Całym szczęściem Dama Dworu i najlepsza przyjaciółka Królowej w całym Królestwie była również w ciąży. Królowa często się z tego śmiała bo podczas rozrastania się pierwszej "fasolki" także miała towarzystwo w postaci swojej Siostry, Starszej Księżnej. Dama Dworu urodziła swoje trzecie dziecko 2 miesiące przed Królową, dzięki czemu Władczyni upewniła się iż jej Córeczka naprawdę cieszy się że będzie miała kogoś z kim będzie mogła się bawić.

Termin powiększenia się rodziny zaskoczył wszystkich mieszkańców Dworu. Nie zmieniło to wielkiej radości która zapanowała w Pałacu.
Duża Księżniczka zachowywała się w stosunku do młodszej Siostry wzorowo przez cały miesiąc...
Po miesiącu Mała Księżniczka zaczęła płakać podczas karmienia, Królowa zastanawiała się co się z nią stało? Wreszcie odkryła prawdę... Małą Księżniczkę bolała ręka. Król powiedział że to może być wina Dużej Panienki bo bawiła się jej rączką mniej, więcej tego dnia kiedy zaczął się płacz. Władcy zabrali Córki do powozu i pojechali do Lecznicy, tam powiedzieli im że nie wiedzą co się stało. Pojechali więc wszyscy do Lecznicy Dziecięcej i tam poinformowano ich że rączka jest wybita i trzeba czekać aż samo przejdzie. Król i Królowa bardzo martwili się o swój Mały Skarb i zastanawiali się kiedy jej to minie. Najbardziej cierpiała Mała Księżniczka gdy jej Matka musiała ją przebierać lub kąpać. Władczyni cierpiała razem z nią ciesząc się że już jest ciepło i nie trzeba jej grubo ubierać.
Po miesiącu leżenia na wznak i patrzenia w sufit Mała Księżniczka wreszcie mogła pobawić się na rękach u Króla oraz poleżeć na brzuszku, jej ulubionej pozycji relaksu od pierwszego dnia życia.
Bardzo szybko nadrabiała zaległości rozwojowe i cieszyła oko swych rodziców. Często wychodziła na spacery, wraz ze swą królewską Matką i Siostrą, do Damy Dworu na najlepszą kawę w okolicy. Wtedy Mamy plotkowały, Starszaki się bawiły a Młodszaki leżały cichutko zasypiając na zmianę.
Któregoś dnia Dama Dworu przeprowadziła się do Dworku tuż przy pałacu, dzięki temu Królowa mogła czasem zostawić Córki pod opieką troskliwego Króla i wyjść na godzinkę lub dwie.

Gdy Mała Księżniczka miała prawie pół roku po raz pierwszy poszybowała do Królestwa z którego pochodziła jej Mama. Niestety Król nie mógł towarzyszyć swoim Kobietkom gdyż zatrzymały go sprawy państwowe. Mała Istotka odwiedziła tam prawie całą królewską rodzinę i podbiła serca wszystkich których spotkała.
Królewskie Dzieci wybrały się wraz z Matką na weselny bal swojej Cioci. Bawiły się bardzo dobrze. Miały wiele niań które opiekowały się nimi troskliwie. Szczególnie Młodsza miała taką która była dla niej jak druga matka.
Starsza Królewna wybrała się pewnej słonecznej nidzieli do kina wraz ze wszystkimi kuzynami i kuzynką.
Wszyscy bardzo dużo poróżowali i może dlatego Królowa wogóle nie odpoczęła.

Po powrocie do królewskiego Ojca okazało się że Księżniczki już niedługo poszybują znów w przestrzeń by zamieszkać w Królestwie w którym rządy sprawują rodzice Króla. Duża Księżniczka zawsze przyjmowała świat taki jakim jest, więc bez emocji przyjęła tą wiadomość, Mała była za mała by to zrozumieć. W ten sposób rozpoczął się ostatni miesiąc panowania. Dla Księżniczek był to miesiąc jak każdy inny...

Wkońcu nastał dzień w którym cała rodzina Królewska wylądowała u Królewskich Rodziców rozpoczynającą nowy etap życia.
Mała Księżniczka została zapięta do wózka aby mogła być ze wszystkimi mieszkańcami Pałacu, wyciągana była ze swojego miejsca tylko na spanie, dzięki czemu opanowała siedzenie perfekcyjnie.
W pierwszym miesiącu pobytu u dziadków Małej Księżniczce wyrosły dwa zęby.
W drugim miesiącu były już Święta dzięki którym obie Księżniczki stały się bardzo szczęśliwe, a to za sprawą wielu skarbów które dostały od Świętego M.
Najlepszym miesiącem dla Małej Księżniczki był 9 miesiąc jej życia. Została ona wreszcie wyjęta z wózka i wsadzona do kojca w którym ma naprawdę dużo miejsca do rozwoju. Poza tym wreszcie Matka się nad nią zlitowała i zaczęła stawiać ją przy stoliku by mogła się usamodzielniać, bo widać że Maleństwo chcę już chodzić własnymi ścieżkami. Z okazji zamknięcia dziewiątego miesiąca Księżniczka podarowała sobie nowiutki ząbek.

Jej bajka jeszcze trwa ale wierzę że będzie żyła długo i szczęśliwie

Jazz

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Marynarz

Dziś przeglądając zdjęcia natrafiłam na zapomniane przedstawienie w przedszkolu. Odbyło się one z okazji wakacji i miało taki też temat- "Morze".
Dzieciaki dały z siebie wszystko, wyszło im to profesjonalnie jak na  prawdziwych aktorów przystało. Podobało mi się tak bardzo że zawsze kiedy oglądam film z tego dnia to się wzruszam.
Trudno wyrazić słowami magię tego występu więc będzie w postaci zdjęciowej:












To był dzień do zapamiętania!

Kolejny Wielki dzień

22 marca 2011 roku miał być Wielkim dniem. Wszystko było już zaplanowane; 21-ego miałam iść ze skierowaniem do szpitala a następnego dnia miała przyjść na świat nasza druga córcia. Moja Mama miała 18 marca przyjechać by móc się nami wszystkimi zajmować.
Tak wszystko było zapięte na ostatni guzik. Poza jednym, nie powiedziałam o naszych planach dla Fasolki... To był błąd!

17 marca pojechałam na ostatnią wizytę ciążową do ginekologa. Był tam mój drugi lekarz prowadzący :) i się zdziwił że pierwszy (Mitsos) jeszcze nie robił mi KTG. "Nic to, trzeba zrobić" pomyślałam i poszliśmy zapłacić za to badanie. W kolejce do kasy spotkaliśmy ciocię Greka, to by mnie nie zmartwiło normalnie ale tą samą ciocię spotkaliśmy w szpitalu przed pierwszą cesarką. I wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl "a może urodzę dziś?"
Podczas KTG leżałam sobie spokojnie aż zaczęłam mieć duszności. Pielęgniarka zawołała Mitsos'a który sprawdził "wyciąg" badania, a tam co? Niedotlenienie płodu! Podłączyli mnie pod tlen ale po chwili wpadł lekarz i krzyczy żeby mnie odłączyli bo pod nóż idę.

W ten sposób Panna nr.2 urodziła się w tych samych okolicznościach przyrody co jej siostra. Oczywiście na dzień przed przyjazdem Babci która nie zdążyła nawet z Polski wyjechać.

Śiewżynka dostała imię Ksji. Powinna dostać te które nosi moja Mama ale ja kontynuując polską tradycję wybrałam takie co mi się podobało

niedziela, 15 stycznia 2012

Reklama

Moja Kappa lubi oglądać telewizję, z powodu braku wielkiego wyboru, ogląda 3 polskie programy muzyczne. Na takich kanałach bywają również reklamy...
Dziś była po raz wtóry reklama RedBulla. Tak Huliganicę wciągnęła że przez resztę dnia słyszałam:
- Nic nie powiem!
Za każdym razem gdy się zapytałam, słyszałam wciąż tę samą odpowiedź:
- Nic nie powiem!
Na koniec dnia prosząc żeby WRESZCIE poszła spać usłyszałam zmodernizowaną odpowiedź:
- Jusz nie mogę!
Kochana jest ta Dziewczynka :*


Dla odmiany Ksji przypomniała mi reklamę która istniała ładne parę lat temu. Nie pamiętam czego ona dotyczyła ale pamiętam: "Ale Ty się Misiek rzucaj".
Przebieram Brzdąca w pidżame a ta się rzuca, jak to u niej bywa kiedy jest szczęśliwa (czyli zawsze). Wtedy to Jazz zmieniła troszkę tekst dodając proste, chociaż wiele mówiące słowo, "nie"
- Ale Ty się Misiek nie rzucaj!
Nie wiele sobie zrobiła z mojej prośby i dalej skakała mi na kolanach

Pomimo wszystkich dzisiejszych reklam dziewczyny już śpią

Dziękuje im za to "z serca głębokości"

Curekaki

Mia fora kai ena kiero urodziła się śliczna dziewczynka. Miała blond włoski, tak jasne że niewidoczne, jasną karnacje i niebieskie oczka. Mama nie mogła się na nią napatrzeć.
Będąc noworodkiem była najbardziej spokojnym dzieckiem na świecie, cały czas spała a wstawała tylko na jedzenie. Gdy stała się niemowlakiem również nie była wymagająca. Bawiła się swoimi zabawkami w łóżeczku wołając tylko wtedy gdy była głodna, o czym "wredna maciora" nigdy nie zapominała. W wieku 7 miesięcy zaczęła raczkować i poznawać świat według własnego gustu a jeszcze przed ukończeniem roku chodzić co utrudniało i ułatwiało wiele rzeczy.
Dzięki swoim mobilnym umiejętnościom Księżniczka pewnego dnia wspięła się na wózek dla swych lal... wózek stabilny nie był! Maleństwo spadło rozcinając sobie brodę. Rodzice swym powozem zabrali ją do lecznicy i tam założono jej 2 szwy. Mamusia miała nadzieje że jej Perełka dzięki temu, tragicznemu i bardzo bolącemu doświadczeniu, uspokoi. Oj jak ona się myliła...

Mała dziewczynka była bardzo utalentowana językowo, chcąc nie chcąc uczyła się 4 języków. Przymus wynikał z tego że jej rodzice pochodzili z różnych królestw, mówili do niej w dwóch różnych językach. Żeby tego było mało rodzice między sobą mówili po angielsku bo im tak wygodniej było. Któregoś słonecznego dnia do pałacu wprowadził się telewizor z odbiornikiem satelitarnym i wtedy Księżniczka zaczęła się uczyć osłuchowo języka niemieckiego, oglądając bajeczki dla maluszków.

Tak płynęły lata na poznawaniu otoczenia, podróżach do dalekich krajów, nauce języków i innych cennych doświadczeń które mogły by się jej przydać w życiu.

Gdy Księżniczka miała 2,5 wiosen Mama wsadziła ją do powozu, zapięła pasami i zawiozła do wylęgarni chorób, przedszkola. Zaleceniem Przedszkolanki Pani Souli było że jeśli dziecko będzie płakało a jej się nie uda jej uspokoić to mam przyjeżdżać na 5 min. by pokazać jej że Mama zawsze do niej przyjedzie i nie zostawi jej tam. Po dwóch dniach sprytna Królowa wzięła książkę do samochodu i koczowała pod przedszkolem bo za dużo "koni" spalała na jeżdżenie wkółko.
Wreszcie w  przedszkolu spodobało jej się bardzo. Rozwijała swoje umiejętności rysując, wyklejając, lepiąc, grając, śpiewając i oglądając książeczki. Nauczyła się współpracy z dziećmi bo jako jedynak nie miała z kim się bawić.
Pani Soula zorganizowała jasełka. Rozdała wszystkim rodzicom teksty które mieliśmy uczyć swe pociechy. Królowa jako najmądrzejsza kobieta w Królestwie wpadła na pomysł że skoro jej Córka piosenek uczy się w 2 dni to jeśli zacznie go śpiewać wtedy szybko pójdzie. Miała racje! Szybko im poszło... W dniu jasełek dzieci zostały przebrane w swoje stroje w przedszkolu i się zaczęło. 99% aktorów zjadła trema i nic nie powiedzieli ale i tak było bardzo fajnie. Po przedstawieniu przyszedł Święty Mikołaj i rozdał prezenty

Na początku nowego roku zmieniono nam przedszkolankę na dwie inne Panią Christinę i Lambrini. Postanowiła Królowa że się zobaczy jak pracują. Dla niej nie podobał się styl ich nauczania ale Księżniczka nie miała obiekcji więc pozostała tam gdzie była.
Pod koniec marca nastało święto "niepodległości". Panie rozdały nam teksty więc w pałacu zabrzmiała nowa piosenka. Dłuższa ale o dziwo szybciej się jej nauczyły najważniejsze kobietki w okolicy. Na dzień przed przedstawieniem pojechała Mama poraz pierwszy od kilku miesięcy po Curekaki swoje (jak nazywa ją pieszczotliwie Król) i Panie wredne poinformowały ją że strój musi zakupić. Pojawił się problem nie do rozwiązania bo wszystkie sklepy w królestwie tego dnia popołudniu miały być jak zawsze zamknięte.
Następnego dnia Księżniczka wraz z rodzicami pojechała bez przebrania na występ. Przedstawienie było długie, dzieci mówiły głośno i wyraźnie i nikt nie miał żadnej tremy. Na koniec był poczęstunek i tańce.
Aż do wakacji Dziewczynka chodziła zawsze gdy tylko mogła i była bardzo szczęśliwa

Tego samego dnia

Był sobie wrześniowy, słoneczny dzień gdy mój szkrabek już 5 miesięczny został ochrzczony. Przedstawiona była Bogu dawno, dawno temu, gdy skończyła 40 dni. Na tę uroczystość musiała jednak czekać bo chrzestny wyjechał do pracy sezonowej i mógł wziąć sobie wolne dopiero w tym czasie.
Chrzciny odbyły się w obrządku prawosławnym jako że Grek jest tego wyznania a także iż planowaliśmy mieszkać w tym Kraju.

Wszystko rozpoczęło się w dżwiach kościoła. Ksiądz spytał jakie imię będzie nosiło dziecko? Chrzestni na całe szczęście się nie pomylili i podali "Kappa". Moja zmęczona Królewna przechodziła z rąk do rąk by wreszcie wylądować na ręce jednego z chrzestnych (Kosty). Ksiądz czytał "coś" z Księgi, jedyne co z tego rozumiałam to imię mojej córki wypowiadane co trzecie słowo. W pewnym momencie Kosta przeczytał fragment z Pisma Świętego i wniósł Chrześnice do środka. Tam ksiądz kontynuował czytanie i rozpoczął przygotowywanie chrzcielnicy dodając do wody oliwkę. W tym czasie ja opiekowałam się Małą i powoli ją rozbierałam "do rosołu". Gdy nadszedł czas ksiądz podszedł do stołu na którym leżał Nasz mały Aniołek i go pobłogosławił naznaczając znakami krzyża ręce, nogi i głowę. Później zabrał ją na najlepszą część uroczystości, według samej zainteresowanej, stało się to co przeczuwała odkąd Mama ściągnęła suknie... została trzy razy zanurzał w chrzcielnicy. Gdy po raz pierwszy poczuła wodę wszyscy zebrani wstrzymali oddechy czekając na typowy w tym momencie płacz. Ale nie,nie,nie, nie doczekali się, Kappa czuła się jak rybka w wodzie.  Ksiądz podał ją na ręce drugiego chrzestnego (Janisa) który nosił ją trzy razy w koło chrzcielnicy.
Gdy wróciła z powrotem do mnie rozpoczął się z kolei najgorszy moment czyli ubieranie w nowiutki strój chrzcielny. W tedy dopiero ochrzczona dziewczynka zaczęła płakać. Tak bardzo nie lubiła ubierania, tak bardzo płakała że zasnęła pod sam koniec chrzcin. Obudziła się już w dobrym humorze gdy po wyjściu z kościoła próbowano ją cichutko położyć do wózka.


         Kappa z chrzestnymi i księdzem nad chrzcielnicą /  Kappa już w stroju chrzcielnym

Specjalnie uaktualniam...

Oryginalne zdjęcie Kappy z Ciocią Ilonką


sobota, 14 stycznia 2012

Ach jaki piękny dzień!

Był sobie wrześniowy, słoneczny dzień gdy stanęłam na ślubnym kobiercu.
Tak, to pył piękny dzień, nerwowy a owszem ale piękny.
Makijaż zrobiony, fryzura zrobiona, paznokcie zrobione (dzięki mojej siostrze Ilonie- DZIĘKUJE!), suknia zrobiona też. Zwarta i gotowa schowałam się w domu aby Grek z gośćmi mogli tanecznym krokiem przemaszerować pod kościół. Tak, był to taneczny krok bo orkiestra grała a oni tańczyli.
Teraz pojawia się pytanie gdzie ten ślub się odbył?
Oczywiście w Gr.
Ja greckim stylem czekałam na przyjazd samochodu ze świadkami którzy mieli mnie zabrać do kościoła. Czekałam tak długo aż zaczęłam się zastanawiać czy kiedykolwiek przyjadą a nawet jeśli to czy wciąż będzie mi się chciało z nimi jechać... dotarli pod dom w samą porę. Ruszyliśmy z piskiem opon ale jakoś długo jechaliśmy bo objechaliśmy Wioskę 2 razy, dwa razy podjeżdżaliśmy pod kościół i machaliśmy do Greka i gości naszych. Pomyślałam że jeśli następnym razem nie zatrzymają się to poproszę o zmianę trasy i pojedziemy na hamburgera. Chłopcy chyba to wyczuli bo innych kółek nie robili.
Całe szczęście że to było w Gr. i obrządku prawosławnym bo żadnej przysięgi nie było, nie trzeba było więc mówić i się ośmieszać. Nie widziałam dokładnie tej ceremonii bo by być piękną zdjęłam okulary 8). Pamiętam za to że ksiądz wprowadził nas do kościoła rozpoczynające tym ceremonie- najpierw włożyli nam korony, potem napoili winem (żebyśmy nie wiedzieli co robimy bo jeszcze któreś mogłoby uciec/ hmmm ciekawe komu mogłyby chodzić po głowie takie rzeczy :P). Następnie nasze ręce zostały połączone a ksiądz oprowadził nas w koło ołtarzyka. W tym oto momencie spadł na nas ryżowy deszcz.
Po wyjściu z kościoła były życzenia i przypinanie pieniędzy do garderoby Państwa Młodych.

Wesele greckie było interesujące chociaż nie wiele z niego pamiętam. Chyba byłam zbyt zaaferowana całą tą imprezą. Pamiętam że rzucałam podwiązką w chłopaków, był tort, jedzenie no i tańce (greckie przerywane czasami walcem z "Nocy i dni").
Najważniejsze że goście nam dopisali i nawet byli zadowoleni... dziwne :)

I tutaj chciałabym podziękować po raz kolejny naszym świadkom za przygotowanie całej ceremonii kościelnej: EUCARISTW


piątek, 13 stycznia 2012

Starożytna Grecja

Wcale nie tak dawno, dawno temu (no ale i nie wczoraj) gdy wyjechałam do Greka musiałam nauczyć się nowego rytmu życia. W wiosce jest mieszkańców około 700 w większości starszych osób bo młodzi wyjechali do miast by być bliżej miejsc zatrudnienia. Mój "taliban" poinformował mnie co mi można nosić a co nie, jak się zachowywać a jak nie. W dużym skrócie chodziło o to że mam nosić bluzki bez żadnego dekoltu i najlepiej w spodniach bo nie fortunnie zawiałoby mnie i wszyscy zobaczyliby co mam pod kiecką a poza tym najlepiej abym do nikogo się nie uśmiechała bo pomyślą że z nimi flirtuje ale z drugiej strony mam nie wyglądać jakbym była nieszczęśliwa. To co nie sprawiało mu problemu nad morzem teraz jest na nie. Pocieszył mnie za to że jak pojedziemy na wakacje to mogę znów nosić co chcę- kochany człowiek :P
W zasadzie ograniczenia ubioru i "zachowania" nie spowodowały we mnie wielkiego sprzeciwu bo i tak byłam wciąż w ciąży a potem nie miałam super figury więc jakoś się nie martwiłam. Wychodzić też mi się nie chciało bo do kawiarni chodzą tylko mężczyźni a nawet jakby pojawiłyby się kobiety to ja języka nie znałam więc nie pogadałabym sobie. Siedziałam sobie w swoim domu i próbowałam stać się kucharką, temat znany z teorii ale nie praktyki. Odkryłam że samo gotowanie to pikuś w porównaniu z wymyślaniem co ugotować, na szczęście wkrótce pojawiła się teściowa i zajęła się domem a ja córcią.
Po jakimś czasie wpadłam w taki fajny rytm dnia którego nawet wyjazd mamy Greka nie zburzył. Rano wstawałam robiłam kanapkę dla męża do pracy, potem siadałam i łączyłam się skajpowo z Polską, czasem zostawiając im pod opieką Kappę by wyskoczyć do piekarni po chleb. Karmiłam Małą co jakiś czas a poza tym Słońce moje spało w najlepsze lub leżało na leżaku i patrzyła co robi mama. Około 16:00 wracał Grek i jedliśmy to co udało mi się ugotować. Resztę dnia zazwyczaj spędzaliśmy razem bo zawsze istniała wersja że idzie na kawę.
Po pewnym czasie poznałam młodą mamę 2 dzieci która się ostała w okolicy więc do repertuaru włączyłam wypady na kawę przed południem. Z Mery rozmawiałyśmy na początku po angielsku ale po pewnym czasie jej się znudziło więc dzięki niej nauczyłam się wreszcie greckiego.
Więc jak wygląda życie w "starożytnej Grecji"?
Życie toczy się spokojnie na przekór wszystkim kryzysom (byle mieć na jedzenie i na rachunki co 2 miesiące). Najważniejsza jest przyroda, słońce i kawa.
....jak ja za tym tęsknie
Wszystkim życzę takiej "starożytnej Grecji"
Jazz

Balkonowo
Przez okno kuchenne

Wielki dzień

1 kwiecień 2008 roku jak wszystkim wiadomo dzień żartów i dowcipów. Wraca Grek do domu i mówi mi że stracił prace, myślał że uwierzę. Ale mnie nie do śmiechu było bo za 2 dni teściowa miała przyjechać więc ja cały dzień sprzątałam i zmęczona byłam, chociaż nie to mnie martwiło. Martwił mnie fakt że cały dzień ruchów maleństwa nie wyczuwałam. Grek po upewnieniu się że to nie żart zabrał mnie do szpitala razem z wyprawką spakowaną od miesiąca. W szpitalu zrobiono mi KTG i okazuje się że dziecko ma ...
No właśnie co miało dziecko? Trudna sprawa! Ja zrozumiałam że nie dotlenienie i dlatego serduszko mojego szkraba biło bardzo nie równomiernie ale z czasem stwierdziłam że to nie mogło być to. Dlaczego do dziś tego nie wiem? Bo język zdecydowanie nie zrozumiały był ówcześnie a i z Grekiem rozmawiamy do tej pory po angielsku, tylko że ten angielski jest stanowczo nie medyczny.
Faktem jest to że serce rzeczywiście biło źle więc zostałam w szpitalu na noc a moja ginekolog miała w tym czasie zastanowić się nad moim przypadkiem.
Rano dowiedziałam się że mogłabym poczekać do naturalnego rozwiązania ale oni nie wiedzą co spowodowało arytmie więc proponują cesarskie cięcie... Zgodziłam się, a co? W ten sposób 2 kwietnia na świat przyszła moja kruszynka maleńka zwaną Kappa. Imię swe dostała po greckiej babci wedle tradycji
To było prawie 4 lata temu a ja się wciąż zastanawiam kiedy ona tak urosła?!

Mia fora kai ena kiero

Mia fora kai ena kiero (jak zaczynają się w Grecji bajki) w pewnym nie za małym miasteczku pojawił się jak królik z kapelusza Grek. Fajnie się czuł w kraju swoich przodków... chodził tam do szkoły a czasem nawet nie chodził, odpoczywał jak to we krwi mu pisane było.
Niestety którejś straszliwej nocy "wyrodni" rodzice oznajmili mu i jego rodzeństwu że wszyscy wyprowadzają się w nieznane. Wyruszyli więc całą piątką w górę mapy aż dotarli do mroźnych Niemiec. Tam też osiedli na stałe.
Wiele lat Grek żył w tym nie uprzejmym miejscu zmagając się z przeciwnościami losu. Nauka języka nie przyniosła dla niego spokoju ducha więc postanowił powrócić tam gdzie było mu najlepiej, do swojej umiłowanej i "starożytnej" greckiej wioski.
Po powrocie do dziadka zaczął sezonową prace w pewnym pięciogwiazdkowym hotelu. Tam też poznał swoją przyszłą żonę i zrozumiał że tylko ten kraj przynosi mu szczęście....

Dawno, dawno temu

Dawno, dawno temu pojawiła się na świecie maleńka dziewczynka którą rodzice nazwali Jazz. Żyła ona sobie spokojnie i szczęśliwie długie lata. Marzeniem jej było studiowanie. Dostała się wraszcie do Wyższej Szkoły Turystycznej gdzie obowiązkowe były praktyki a że leniwa była ta kobieta (już nie dziewczynka) postanowiła więc wyjechać zagranice by w 4 miesiące odpracować całość wymaganych godzin. Upodobała sobie Grecję i pojechała.
Trafiła do hotelu w którym pracował ciężko ale słońce i klimat wynagradzały wszystkie trudy. Poznała ona tam pewnego Greka z którym podróżowała po całych Chalkidikach. Traf chciał że po jakimś czasie zakochali się w sobie... Byli ze sobą przez całe wakacje. Niestety pewnego dnia kobieta ta musiała wrócić do domu, do Mamusi ukochanej, 4 sióstr i oczywiście do uwielbionej uczelni.
Przez całą zimę tęskniła i popadała w swego rodzaju depresje. Pewnej zimnej nocy postanowiła że tego lata znów wyjedzie do Grecji i swojego Greka.
Jak powiedziała tak zrobiła. Znów się spotkali, zamieszkali razem i tak trwali do końca sezonu. Gdy wróciła znów do Polski postanowiła że Grek zostanie jej mężem.
W rok później znów się spotkali ale tym razem w innym miejscu Grecji. Znów zamieszkali razem i pomimo że tam u niego gorąco i parno było więc tulić się nie dało to i tak jakoś w ciąże zaszła. Cieszyli się bardzo i chociaż wiele niewiadomych było postanowili założyć szczęśliwą rodzinę.
Wyjechała ona do domu pozałatwiać wszystkie sprawy. Grek w tym czasie szykował dom na przybycie ukochanej.
Dotarła ona 2 miesiące przed rozwiązaniem do domu Greka. Pobrali się wreszcie i cieszą się sobą każdego dnia....