Nastał kiedyś taki jesienny dzień gdy było trzeba zebrać oliwki z gaju i przerobić je na oliwę. Po raz pierwszy brałam czynny udział w tej pracy. Okazała się ciężką harówką, tym bardziej że poza dwoma Mężczyznami w gaju, musiałam zająć się także Dziećmi.
Dzień wyglądał jakoś tak -zawieść do szkoły, pomóc w gaju, odebrać ze szkoły, nakarmić, zawieść na świetlicę, kupić zaopatrzenie dla Robotników (Grek i jego Kolega), pomóc w zbieraniu, odebrać dzieci, odrobić lekcję. Pierwszej nocy słyszałam głos spadających oliwek i widziała je na plandece.
Drugi dzień to był piątek. Niestety dzień wciąż szkolny. Wszystko od początku.
W sobotę zrobiliśmy najwięcej, cały dzień byliśmy w gaju. Grek pojechał rano z Kolegą a ja o ósmej zbudziłam Panny K. i przygotowałam wszystko na piknik. O dziewiątej już pracowałam w pocie czoła bo wiadomo jaka jest pogoda w listopadzie....
Jak się zbiera oliwki? Bierzemy grzebień, który wygląda jak grabki i "wyczesujemy" oliwki z gałęzi. Te spadają na plandekę z której potem wybiera się większe gałązki. Następnie przesypuje się wszystko do worków. Pustą plandekę układa się pod kolejnym drzewem i wszystko zaczyna się od początku.
Przy tej pracy podrapałam sobie ręce od gałęzi ale nie było tak źle. Po
czterech dniach oddaliśmy oliwki do tłoczenia i dostaliśmy oliwę z
oliwek ekstra werdzin! Oliwa musi odstać do marca a potem jest zdatna do użytku. Chrzestny Kappy kupił od nas 15 kilo oliwy i właśnie ją przelał do butelek, twierdzi że oliwa jest idealna :) Nie mogę się doczekać kiedy ja swoją zacznę używać w kuchni :)
Chętnych zapraszam na tegoroczne oliwkobranie. No wiecie takie agroturystyczne wakacje na końcu świata :*
Pa
Jazz