Moje urodziny były..... Pracowite ;-)
Najpierw zadzwoniłam Mamunia i powiedziała żebym przyszła na torta. Mmmmm... rozmarzyłam się... Moja Mama robi najlepsze torty pod słońcem!!! Jadałam je kilka razy w roku ale nigdy mi się nie przejadły :-D
Po wyjściu Teściowej do pracy zrozumiałam że ten dzień będzie męczący. Zostawiła mi stos garów do pozmywania! Co z tego że po jej przyjęciu urodzinowym pozmywałam góre talerzy!?! No ale...
Poczekałam do wyjścia Męża do pracy i wzięłam się za robote. W między czasie Ksji jadła obiad. Potem wstawiłam pranie. No a następnie dogonił mnie ten tort i sobie myśle: "Co mi tam? Zrobię!".
Wszystko szło bardzo ładnie. Ksji w wielkim skupieniu pomagała Mamie, na pewno myśląc sobie: "Co ona tam robi?" "Ciekawa sprawa! Jeszcze nigdy się tak nie bawiłyśmy" itp. Ukręciłam biszkopt, przelałam do formy, ustawiłam temperaturę piekarnika na 170st. i wstawiłam ciacho do pieczenie.
Poszłam w między czasie na papieroska, na balkon. Wróciłam i przypomniało mi się że nie sprawdziłam czasu, ale "to nic i tak piekę na zapach". Usiadłam żeby się zrelaksować i tak po 5 minutach: "Ciasto się przypala?". Pobiegłam do kuchni, otwieram piekarnik a tam bucha we para spalenizny.
"Ale jak to? Nie rozumiem?" Szybki rzut oka na temperaturę i wszystko jasne. Ksji przestawiła mi termometr na 250st.... Załamana wyjęłam biszkopt gdzie pod warstwą zwęglin kołysało się jeszcze surowe ciasto. "No i co teraz? A ściągnę tę skorupę z góry i dopiekę. Może coś z tego wyjdzie?"
Po wyznaczonym czasie odcięłam boki i dół i okazało się że pozostał mi mały zakalec...
"Dobra Mała dawaj buty i idziemy do sklepu. Musimy kupić biszkopt". Ksji zrozumiała z tego tylko "buty" i z tym słowem na ustach pobiegła i mi je przyniosła. Poszłyśmy na piechotkę a tam niespodzianka! Biszkoptów nie ma! "To co idziemy do domu robimy krem i z Kappą idziemy do dużego sklepu?" usłyszałam tylko "Yy". Okazuje się że Ksji miała rację, bo krem, jak zawsze na obczyźnie, mi nie wyszedł. No to co wspaniała Jazz zrobiła? Wzięła ten mały zakalec, przecięłam na pół, walnęła w niego dżem a potem ozdobiła kremem. Ale zaraz! Ozdobiła? Jak? Przecież nie miała strzykawki do ozdabiania! Po prostu... torebką do mrożenia z przeciętym rogiem ;-P
Efekt:
No to teraz po Kappę, biegiem bo czasu mało!!! Co za szczęście że to Duże i Gadatliwe poprawiło mi humor aż do końca dnia. Nie zrobiła co prawda prezentu, ale po prostu ze mną była!
W domu zrobiłyśmy sobie gościnę i Dziewczyny zdmuchnęły świeczkę na torcie. Moje Słonka zgodnie stwierdziły że wszystko jest "Mniam, mniam" a Starsza poprosiła o dokładkę :-)
W ten sposób, w wyśmienitym towarzystwie, jak królik z kapelusza wyskoczyła na zegarze 18:00. "To co mleko teraz? A ja rozwieszę pranie wreszcie!"
Podczas kolejnego etapu porządkowego pojawiła się Teściowa z Synem i Synową. Nikt nie chciał jeść prócz Kappy ;-P Dostałam za to prezent od Loulou:
Na koniec pozmywałam i zabrałam się do rolowania. Ufff!
Najpierw zadzwoniłam Mamunia i powiedziała żebym przyszła na torta. Mmmmm... rozmarzyłam się... Moja Mama robi najlepsze torty pod słońcem!!! Jadałam je kilka razy w roku ale nigdy mi się nie przejadły :-D
Po wyjściu Teściowej do pracy zrozumiałam że ten dzień będzie męczący. Zostawiła mi stos garów do pozmywania! Co z tego że po jej przyjęciu urodzinowym pozmywałam góre talerzy!?! No ale...
Poczekałam do wyjścia Męża do pracy i wzięłam się za robote. W między czasie Ksji jadła obiad. Potem wstawiłam pranie. No a następnie dogonił mnie ten tort i sobie myśle: "Co mi tam? Zrobię!".
Wszystko szło bardzo ładnie. Ksji w wielkim skupieniu pomagała Mamie, na pewno myśląc sobie: "Co ona tam robi?" "Ciekawa sprawa! Jeszcze nigdy się tak nie bawiłyśmy" itp. Ukręciłam biszkopt, przelałam do formy, ustawiłam temperaturę piekarnika na 170st. i wstawiłam ciacho do pieczenie.
Poszłam w między czasie na papieroska, na balkon. Wróciłam i przypomniało mi się że nie sprawdziłam czasu, ale "to nic i tak piekę na zapach". Usiadłam żeby się zrelaksować i tak po 5 minutach: "Ciasto się przypala?". Pobiegłam do kuchni, otwieram piekarnik a tam bucha we para spalenizny.
"Ale jak to? Nie rozumiem?" Szybki rzut oka na temperaturę i wszystko jasne. Ksji przestawiła mi termometr na 250st.... Załamana wyjęłam biszkopt gdzie pod warstwą zwęglin kołysało się jeszcze surowe ciasto. "No i co teraz? A ściągnę tę skorupę z góry i dopiekę. Może coś z tego wyjdzie?"
Po wyznaczonym czasie odcięłam boki i dół i okazało się że pozostał mi mały zakalec...
"Dobra Mała dawaj buty i idziemy do sklepu. Musimy kupić biszkopt". Ksji zrozumiała z tego tylko "buty" i z tym słowem na ustach pobiegła i mi je przyniosła. Poszłyśmy na piechotkę a tam niespodzianka! Biszkoptów nie ma! "To co idziemy do domu robimy krem i z Kappą idziemy do dużego sklepu?" usłyszałam tylko "Yy". Okazuje się że Ksji miała rację, bo krem, jak zawsze na obczyźnie, mi nie wyszedł. No to co wspaniała Jazz zrobiła? Wzięła ten mały zakalec, przecięłam na pół, walnęła w niego dżem a potem ozdobiła kremem. Ale zaraz! Ozdobiła? Jak? Przecież nie miała strzykawki do ozdabiania! Po prostu... torebką do mrożenia z przeciętym rogiem ;-P
Efekt:
No to teraz po Kappę, biegiem bo czasu mało!!! Co za szczęście że to Duże i Gadatliwe poprawiło mi humor aż do końca dnia. Nie zrobiła co prawda prezentu, ale po prostu ze mną była!
W domu zrobiłyśmy sobie gościnę i Dziewczyny zdmuchnęły świeczkę na torcie. Moje Słonka zgodnie stwierdziły że wszystko jest "Mniam, mniam" a Starsza poprosiła o dokładkę :-)
W ten sposób, w wyśmienitym towarzystwie, jak królik z kapelusza wyskoczyła na zegarze 18:00. "To co mleko teraz? A ja rozwieszę pranie wreszcie!"
Podczas kolejnego etapu porządkowego pojawiła się Teściowa z Synem i Synową. Nikt nie chciał jeść prócz Kappy ;-P Dostałam za to prezent od Loulou:
Na koniec pozmywałam i zabrałam się do rolowania. Ufff!



















